Dzień zawsze jest dobry – chyba że tego nie chcemy.
Siwa, wilgotna mgła położyła się na siwych chodnikach i asfaltowo-czarnych ulicach. Szarzy przechodnie brodzili w niej po kolana niczym w wodach spokojnego Styksu, wędrując ku swemu przeznaczeniu niespiesznie i półświadomie. Samochody przemykając wprawiały opary mgły w zawirowania co wyglądało jak dziesiątki małych trąb powietrznych pustoszących krainy i światy niewidocznych cywilizacji. Przystanek autobusowy stał niewzruszony jak zawsze nieczuły na wszystko co dookoła się dzieje. Poranna szarówka nie nastrajała przyjaźnie do budzącego się dnia więc i wszystkie dzień dobry usłyszane i odpowiedziane w drodze na autobus były zdawkowe, rzucane od niechcenia tak jakby ktoś zmuszał ludzi do otworzenia ust i wyartykułowania tych dwóch słów. Stałem za wiatą przystankową i paliłem papierosa patrząc jak odjeżdżają kolejne autobusy. Nic tak nie pociesza w taki dzień jak świadomość, że to dopiero początek, że za godzinę będzie inaczej, jaśniej może nawet weselej. Jednak to dopiero za godzinę teraz patrzę na świat, któremu nie chce się obudzić. Ktoś tyrpnął mnie w rękę. Odwróciłem głowę i spojrzałem.
– cześć Krzychu. Długo już tu stoisz?
– cześć. Dwie fajki – odpowiedziałem, odrzucając tyle co skończonego papierosa.
– ha ha ha, jak w Lalce Prusa. Pamiętasz?
– pamiętam.
Staliśmy jeszcze chwilę rozmawiając o różnych różnościach. Michał był moim rówieśnikiem. Jeden z tych ludzi, których z prawdziwą radością spotykamy na ulicy. Był nieco wyższy i miał charakterystyczny, wschodni akcent. Rozmowy z Michałem zawsze były ciekawe. Można było zacząć rozmawiać o nędznym artykuliku z gazety i nawet człowiek się nie zorientował jak dysputa schodziła na tory prawdziwej literatury. Mieliśmy wiele wspólnych tematów chociaż nie zawsze się zgadzaliśmy.
– dobra ja lecę na zakupy. Do następnego.
– cześć, do następnego.
Michał poleciał na zakupy a zaraz potem przyjechał mój autobus.
Jazda autobusem do pracy to podróż pełna niebezpieczeństw i czających się zagrożeń, mimo że żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku. Można być okradzionym, pobitym albo jedno i drugie. Niestety mimo tego, że czasy się zmieniają ludzkość nic sobie z tego nie robi i wcale nie ma zamiaru się zmieniać. No może tylko tyle, że dostosowują środki napadu do obowiązujących w naszych czasach standardów. Łotrzykowie nie noszą maczug czy mieczy alibo toporów. Wsiadając do autobusu omiatam wzrokiem dostępną przestrzeń i wybieram miejsce najbardziej ustronne z ustronnych. Tam siadam i jak zawsze zapadam w letarg myślowy. Obserwacja i analiza czasem jakieś porównanie. Tak mija mi czas w publicznych środkach transportu. Siedzę, patrzę, analizuję i czasem porównuję. Sytuacje różne się zdarzają. Bywają awantury, pijackie burdy, krzyki młodzieży pomieszane z głośno puszczoną muzyką i takie tam inne płacze ludzi, których złapano na jeździe bez ważnego biletu. Dziś jest mało pasażerów, bo to dzień przed świętami. Większość ludzi ma urlopy i prędzej wybiorą się na zakupy koło południa niż do biura wcześnie rano. Na końcu autobusu obudził się zdrowo nakropiony delikwent i zaczyna narzekać, że zimno. A jak ma być – pomyślałem sobie – przecież to Grudzień. Jakaś kobieta wysiada na przystanku i biegnie do autobusu, który stoi przed nami. Zdąży czy nie zdąży – pomyślałem. Zdążyła w ostatniej chwili. I tak oto połowa drogi za mną. Jeszcze jakieś dwadzieścia minut i będę wysiadał. Na szczęście nie muszę się przesiadać więc na spokojnie czekam aż chrapliwy, beznamiętny głos w głośnikach obwieści, że oto dojeżdżamy do końcowego przystanku. Miło jest posiedzieć i popatrzeć na ludzi. Można nawet sobie wyobrazić, gdzie tak się spieszą i dlaczego włożyli dwie różne rękawiczki. Za oknem mijają kolejne przystanki i kolejne blokowiska. Ktoś trąbi a gdzieś w oddali słychać syreny karetki. Dzień jak co dzień wszyscy gdzieś pędzimy. Chrapliwy głos właśnie oznajmia ostatni przystanek. Trzeba wysiąść i resztę drogi przebyć pieszo.

Wysiadam z autobusu i zapalam papierosa. Idę w kierunku zbiorowiska biurowców, gdzie za chwilę znajdę blok z tablicą wejście C. Zaczyna nieśmiało padać śnieg a poranny chłód stał się bardziej dotkliwy. Zastanawiam się czy to wilgoć czy fakt, że wysiadłem z ciepłego autobusu? A może jedno i drugie po trochu? Nie ważne jak i tak efekt końcowy jest taki, że jest mi zimno. Wchodzę do biurowca. Jest jakoś dziwnie ponuro i nieswojo. Po plecach przebiegły mi ciarki. Z recepcji wieje chłodem jak z czeluści Tartaru. W recepcji za kontuarem stoi zawsze uśmiechnięta Pani Monika. Nie ważne jak jest pogoda Pani Monika wita nas uśmiechem i oczywiście poranną pocztą. Dziś jednak nie ma Pani Moniki. Za rzeczonym kontuarem stoi indywiduum z firmy ochrony. Stąd ten chłód na powitanie. Nic oczywiście nie mam do Pana Heńka, pracownika ochrony. Jest normalnym mężczyzną i czasem nawet można sobie pogadać, ale rano powitanie jest zawsze służbiście chłodne.
– Dzień Dobry Panie Henryku. Co dzisiaj się wydarzyło?
– Dzień Dobry Panie Krzysztofie. Nic specjalnego oprócz awarii windy.
– co? Winda nie działa?
– nie. Serwis przyjedzie jedenastej.
– nic nie będzie mi oszczędzone – mruczę pod nosem a Pan Heniek pod nosem się uśmiecha. Ruszam zatem do klatki schodowej, która temperaturą przypomina lodówkę.
Dotknięcie klamki już zapowiada co nas czeka za drzwiami – istna pustynia lodowa. Klatka ewakuacyjna czasami służy nam za schodową. Bywa tak gdy windy odmówią współpracy i zrobią sobie dzień wolnego. Otwieram drzwi i natychmiast spowija mnie chłód mroźni oraz powiew Arktyki. Nie ma tu nic ciekawego do zobaczenia może oprócz tabliczek informacyjnych o nr piętra i kierunku ewakuacji. Wchodząc po schodach cieszę się, że biuro mam na drugim a nie na szóstym piętrze. Pamiętam, jak przenosiłem się z parteru. Wszyscy się przenosiliśmy, ale tylko ja byłem powściągliwy. Wszyscy latali jak zwariowani. Nowe pokoje, nowe meble itd. Wchodząc do nowego biura jakoś nie byłem natchniony. Po prostu zająłem wskazane biurko i już. Kiedy przyszła pierwsza awaria windy (pierwsza nie pierwsza – ale pierwsza od przeprowadzki) zaczęły się lamenty. Bo to wysoko, bo to po schodach, bo to zimno na tej klatce itp. Wiedziałem, że tak będzie, ale milczałem nie zabierając innym radości z przeprowadzki. Parter to luksus a im wyżej tym więcej kłopotów. Prawie jak w karierze zawodowej. Nic to brnę po schodach do góry. Pierwsze piętro. Mijając wyjście z klatki schodowej na pierwszym piętrze zawsze zazdroszczę Tym, którzy tu kończą swoją wspinaczkę. Gramolę się dalej, pocieszając się tym, że niektórzy mają wyżej. Na półpiętrze widzę odbite kółko po donicy z kwiatem, który długo tu nie pożył. Zacząłem się zastanawiać kto był takim idiotą i postawił kwiat w miejscu, gdzie panują egipskie ciemności, chłód Arktyki i czasem tylko mdłe światło rzucane przez skąpo rozwieszone żarówki. Ani jednego okna, ani jednej milisekundy światła słonecznego. Kwiat po miesiącu został usunięty, bo usychał. Wszyscy się dziwili czemu? Jeszcze tylko dwa stopnie i moje piętro. Znowu dotykam zimnej jak lód klamki, naciskam i opuszczam to niegościnne przejście.
W holu panuje półmrok, ale jest za to ciepło. O tej porze pracę zaczynają tylko dwie osoby. Marzena i moja skromna osoba. Marzena zajmuje się rozliczeniami i często przychodzi do pracy wcześniej. Biuro ma pośrodku korytarza a światło z jej pokoju rozświetla mrok holu co ułatwia mi trafienie do swojego biura. Brnę zatem spowity w półmrok holu biurowego i mijając pokój Marzeny zatrzymuję się na chwilę. Siedzi pochylona nad jakimiś fakturami sprawdzając czy korygując jakieś błędy. Zza monitora widać tylko jej kasztanowe włosy spięte zawsze w jakieś dziwne koki czy coś podobnego.
– cześć. Kawa?
– cześć. Już jesteś? To znaczy, że siódma. Tak kawa.
Idę do swojego biura i rzucam wszystko na fotel. Zabieram tylko telefon i idę do kuchni, gdzie z Marzeną wypiję poranną, biurową kawę. To taki kwadrans, żeby pogadać o wszystkim co nie wiąże się z pracą. Potem wracamy do swoich monitorów, klawiatur i wpadamy w pęd życia firmy. Ten nasz kwadrans na kawę z firmowego ekspresu, w firmowych kubkach i w firmowej kuchni to taka stokrotka mówiąca (jak Rysiek Rynkowski) – to będzie dobry dzień.