Marcowy weekend 2023

Kolejna podróż dopiero się rozpoczęła a już miałem niesamowitą przygodę. Niespodzianka czekała tuż za Olkuszem. Zawsze tam była, mijana i ignorowana szczególnie latem, gdy zieleń drzew widoki zasłania. Dziś jednak tego marcowego przedpołudnia nic widoków nie zasłaniało i budowla na szczycie góry w Rabsztynie krzyczała – chodź, wejdź, zobacz i zrób zdjęcie! Zjechałem na dwadzieścia minut. Wejście pod zamek w Rabsztynie jest łatwe i szybko okazało się, że w kilka minut można stanąć pod bramami zamku.

Nazwa miejscowości Rabsztyn wywodzi się z języka niemieckiego i oznacza Krucze Gniazdo. Początki były podobne do innych murowanych zamków. Warownia drewniana powstała już w drugiej połowie XIII wieku pełniąc rolę strażnicy na granicy z Czechami. Różne były losy tejże twierdzy, która ostatecznie została opuszczona w XVIII wieku. Dziś część zamku jest udostępniona dla zwiedzających a i różnego rodzaju zjazdy rycerskie odbywają się wokół tej twierdzy.

Ta jakże pouczająca króciutka wycieczka uzmysłowiła mi, że będąc tak blisko, tak wiele przeoczyłem. Postanowiłem zatem, schodząc z zamkowego wzgórza, że pilnie będę baczył na wydarzenia mające miejsce w tej pięknej i dostojnej twierdzy. Czas jednak jest nieubłaganym ekonomem i goni mnie dalej. Wsiadając do samochodu ciągle czuję żal, że do tej pory nie bywałem częściej w tym pięknym miejscu. Jadę jednak dalej i moje myśli płyną już całkiem w innym kierunku. Przede mną Wiślica. Tym razem znowu tylko przejadę przez to miasto, podziwiając je zza okna samochodu. Pomyślałem sobie, że to przykre i bardzo drażniące – nie mieć czasu na wszystko. Na szczęście w Połańcu będę miał chwilkę więc nie narzekam. Jednak do celu jeszcze ponad godzina jazdy więc włączam sobie muzykę adekwatną do mojego nastroju i jadę dalej – jak śpiewał kiedyś Tomasz Szwed.

W Połańcu przywitała mnie piękna pogoda i uśmiechające się do świata Słońce. Lekki i przyjemny zefirek niósł zapachy z okolicznych pól więc postój w centrum miasta nie był uciążliwy. Oparty o samochód piłem kawę zakupioną na jakiejś stacji paliw po drodze i czekając na siostrzeńca dumałem o historii tego miasta. Gdzieś z tyłu głowy ciągle mi błąkała się nazwa jakiegoś dokumentu a fakt, że to ostatni dokument Rzeczpospolitej Obojga Narodów potęgował i tak już ogromną chęć przypomnienia sobie o … Uniwersale Połanieckim.

Połaniec

Tak to jest właśnie ten dokument. Pełna nazwa dokumentu to „Uniwersał urządzający powinności gruntowe włościan i zapewniający dla nich skuteczną opiekę rządową, bezpieczeństwo własności i sprawiedliwość w komisjach porządkowych”. Dokument wydany przez Tadeusza Kościuszkę 7 maja 1794 roku, gwarantujący chłopom wolność osobistą. Mówi się dziś, że zarówno dokument jak i idea nie miały szans powodzenia, gdyż szlachtę i chłopów dzieliło zbyt wiele, aby mogli żyć koło siebie jako dwa wolne stany. To bardzo wielkie uproszczenie problemu. Pamiętajmy, że Konstytucję Trzeciego Maja uchwaliła szlachta i to ta właśnie ustawa umożliwiała powstanie i proklamację Uniwersału Połanieckiego. Zatem nie przepaść między stanami ale, utrata niepodległości i zabory nie pozwoliły na wprowadzenie w życie założeń zarówno konstytucyjnych jak i innych dokumentów w tym Uniwersału Połanieckiego.

U siostry już było bardziej swojsko. Żurek na kaflowym piecu i zima za oknem. Tak nie ma to jak planować wyjazdy w marcu. Piękny miał być weekend ale pogoda swoje plany miała. Już w piątek wieczorem zaczęło padać i z niewielkimi przerwami padało póki spać nie poszliśmy. Nie pomnę, która to była godzina ale rozmowy i opowieści ciągnęły się długo tym bardziej, że w sobotę od rana nic nas nie goniło do obowiązków – pełen wypoczynek i relaks. Sobota przywitała nas śniegiem i białymi widokami.

Sad w marcu

Śniadanie, zakupy i powrót do domu. Burczący Bernardyn i mruczące koty, i … cisza jak to na wsi. Nie ma chyba lepszych warunków do relaksu. Popołudniu zaczyna się gotowanie żurku na drewnie ale tym razem na piecu kaflowym. Aura nie zachęcała do wyjścia i trzygodzinnego sterczenia nad garem w sadzie. Zatem drewno, piec kaflowy i żurek gotowany w domu.

I tak w sobotę do późnej nocy gotowanie żurku i rozmowy o wszystkim co może nas interesować. Plany na najbliższe tygodnie, wyjazdy i spotkania. Planowanie Kupały, wyjazdów na rekonstrukcje historyczne itp. Opowieści komu i co udało się zdziałać, co poszło nie tak jak powinno i dlaczego. Co trzeba lepiej przygotować i jak się do tego zabrać. Zabawne historie o zwierzakach domowych. Pies, koty i inne przybywające do sadu na jabłka jak kuropatwy. Palenie w piecu do CO i zapach dymu. I tak do późna w sobotnią noc. Rano w niedzielę w sadzie jeszcze biało. Wychodzę na kawę do sadu chociaż chłód jest przejmujący i ostro wieje. Jednak musi być fotka z kawą w pamiątkowym kubku i koniecznie w sadzie. Ta poranna kawa uzmysławia mi, że za parę godzin będzie trzeba wracać … wracać do miasta. Jednak ciągle się nią delektuję póki jeszcze nie muszę się pakować. Trwa ciągle ranek i ta chwila jest moim świadomym wytchnieniem.

Rytuał porannej kawy w sadzie mojej siostry

Potem już tylko obiad i galopem zbliżający się czas pożegnania. Ta wizyta musi wystarczyć na kolejny miesiąc. Jednak póki co to obiad i wspomnienia z wakacji, zimowych spotkań w Koszarawie czy wyjazdów na Szczodre na Rogaczu. Godzina wyjazdu zbliżała się z chwilą, gdy przybyłem w piątek popołudniu. Czas zleciał szybko i nawet człowiek się nie obejrzał jak musi wracać. Na koniec pożegnanie, buzi buzi i papa, i … trzeba wsiąść do samochodu i ruszyć. Jedyna pocieszająca myśl to ta, że za miesiąc znowu tu wrócę i będę miał prawie trzydniową labę.

Dodaj komentarz