William Barclay
W życiu każdego człowieka są dwa wielkie dni – pierwszy, w którym się rodzimy i drugi, w którym odkrywamy po co.

Wiecowalim dość długo tak aby żadnej sprawy niezałatwionej nie zostawić. Każden mógł się wypowiedzieć w kwestiach, które go bolały nie ważne czy znał się na nich dobrze, czy też miał tylko swoją wizję rozwiązania. Mieliśmy czas nieograniczony choć każden już myślał również o biesiadowaniu tym razem w formie grilla i rozmowach mniej trudnych, bo ożyciu codziennym. Jednak wiec ma pierwszeństwo i rostrząsalim wszelkie pomysły i wnioski tak aby dojść do konsensusu i uradzić co w danym zakresie tematycznym robić nam trzeba.
Patrzę na tych ludzi. Czasem się zgadzam, czasem nie a czasem uważam, że wniosek czy propozycja są niepełne. Jednak gdzieś tam z tyłu głowy ciągle mi huczy myśl – przecież w ogóle się nie znamy. Spotykamy się raz na jakiś czas na obrzędach czy wiecach a chcemy (może mi się tylko to wydaje) zrozumieć jeden drugiego. Jakim cudem? Nie mam pojęcia. Zastanawiam się czemu tak jest? Dlaczego się tak mało znamy. Może powinniśmy częściej się spotykać? Ale tak prywatnie a nie tylko na obrzędach. Postanowiłem w wolnej chwili opracować program „Poznajmy się”, przedstawić go gromadzie i może uda się zacieśnić więzy znajomości.
Ciągle o czymś jeszcze dyskutowaliśmy i szło nam to raz lepiej, raz gorzej w zależności od tego czy temat był mniej czy bardziej emocjonujący. Koniec wiecu nadszedł jak bo wszystko co się zaczęło musi się skończyć i można było rozpocząć już część nieoficjalną. To nie tak, że na wiecu siedzimy wszyscy sztywno i głosujemy jak w sejmie. Ale tematy rozmów zmieniają się na bardziej prywatne, plany, założenia i tym podobne. Każdy chce zamienić ze dwa słowa z każdym całkowicie prywatnie (nie na osobności) ale w tematyce niezwiązanej z wiecem. Dzieci biegają po łączce i znajdują sobie swoje zajęcia. Dorośli czasem interweniują, aby mieć pieczę nad latoroślami swoimi czy przyjaciół. Siedzimy, jemy i rozmawiamy. Czas mija nieubłaganie – mówiłem już, że wszystko co się zaczyna to musi się skończyć? No to tak właśnie jest. Wieczór się zbliżał i część z nas zaczęła się pakować i wyjeżdżać do domów. Pożegnania są przykre. Mi zawsze żal rozstawać się z ludźmi a szczególnie z Magikiem i Racimirem. Jest jeszcze kilka takich osób, ale tych dwóch nie zlinczuje mnie za to, że ich wymieniam w tej publikacji. Żal i pustka jaka pozostaje po odjeździe takich ludzi jest nie do wypełnienia. Jednak parę osób zostaje i wieczór mija w atmosferze przyjemnych rozmów. Zbieranie po ciemku drewna na ognisko, rozpalanie ogniska i ciepły żar. Jednak zaczyna mnie boleć głowa idę na chwilę do namiotu, żeby się położyć. Budzę się już koło pierwszej w nocy. W obozowisku panuje cisza, wszyscy śpią. Nie mam tym razem szczęścia. Na obrzęd się spóźniłem a późnowieczorne pogadanki przespałem. Wyciągnąłem kawałek chleba i posmarowałem masłem. Jakaś kiełbasa i coś do picia. Usiadłem na ławce i zacząłem jeść. Rozejrzałem się po obozie, oświetlonym światłem lampki, którą sam zawiesiłem pod wiatą. Długo się świeci na tych bateriach – pomyślałem. Wstałem i odszedłem trochę od obozu, aby zapuścić się w noc ciemną i ciepłą. Zadarłem głowę do góry i spojrzałem w niebo. Chmury, chmury, chmury i … Chors. Jednak przedarł się przez pierzynę chmur i zaświecił. Piękny, srebrny …
Chors jak zawsze srebrzyście lśniący na nocnym niebie wędruje pilnując, aby nikomu nic się nie stało. Zacząłem się zastanawiać, jak to jest z tym Księżycem? Jak długo jeszcze będzie nam towarzyszył, bo mówią, że oddala się od nas. Czy będzie kiedyś taka noc, że Ci co nastaną po nas, wyjdą nocą na polanę, zadrą głowę do góry i … nie zobaczą Księżyca a jeno same gwiazdy? Będzie to bardzo przykry widok. Nocne niebo bez Chorsa. Filmy i zdjęcia dowody wspomnień i wielka tęsknota. A może nie będą tęsknić? Może niebo bez Księżyca będzie dla nich czymś normalnym? Ja sobie tego wyobrazić nie potrafię.
Wracam do obozu, dopijam napój i idę spać do namiotu. Mam przeczucie, że i tak wstanę pierwszy. Tak też i było. W nocy część z nas musiała wracać do domu. Nie będę się rozpisywał o tym, ale mam nadzieję, że jest u nich wszystko w najlepszym porządku. Rano śniadanie i kawa. Inni tez już wstają. Deszcz zaczyna siąpić i padać. Trzeba się zbierać chociaż coś mnie kusi by jednak zostać. Z drugiej jednak strony cóż mógłbym robić tu sam? Trudno mi się pakować, bo przecież to pożegnanie i z ludźmi i z miejscem. Fakt blisko jest i można tu przecież przyjechać (w moim przypadku przyjść) ale teraz to już pożegnanie. Pakuję więc wszystko do plecaka, składam namiot i już. Żegnam się i w drogę powrotną ruszam. Żegnam po drodze miejsca mi znane od dawna i te które wczoraj poznałem. Mijam i żegnam się z nimi. Powstaje pustka, którą wypełnia natychmiast tęsknota i żal. Powrót do domu i … chwila zadumy.
Tak to już koniec wyprawy plecakowej na wiec.